Miesiąc w Kenii

   We wrześniu 2011 miałem okazję spędzić 5 tygodni na tzw. mini-wolontariacie w Kenii. Wyjazd był organizowany przez dziewczynę z jezuickiego duszpasterstwa akademickiego DĄB, której marzeniem był wyjazd roczny do Kenii. Zebrała grupę osób, które chciały pojechać z nią, ale pozostać w Afryce tylko przez miesiąc. W ten sposób znalazłem się w okolicach równika.

Pierwsze wrażenie? Zimno. Z powodu przedłużającej się pory deszczowej temperatura oscylowała w okolicach 10 stopni. Dodatkowo z powodu zgubienia bagażu przez linię lotniczą, nie miałem przez kilka pierwszych dni nic cieplejszego do ubrania. Później pogoda poprawiła się, ale i tak było sporo deszczowych i chłodnych dni.

Naszym celem był ośrodek St. Martin w Nyahururu. Został on założony kilkanaście lat temu przez włoskiego księdza, ojca Gabriela. Skłoniła go do tego ilość problemów, z którymi musi się zmagać miejscowa ludność. Przede wszystkim są to ludzie niepełnosprawni i upośledzeni. Jego poprzednik sądził, że taki osób może być w okolicy kilkanaście. Okazało się jednak, że są ich setki. Ze względu na mentalność Kenijczyków osoby niepełnosprawne i upośledzone są traktowane jako przekleństwo i są ukrywane przed innymi mieszkańcami wioski. Nie dość, że cierpią, to jeszcze latami nie są przez swoje własne rodziny wypuszczane z domów, światło słoneczne widzą tylko, gdy prześwituje przez ściany chaty. Dodatkowo niepełnosprawność pojawiała się statystycznie zbyt często niż spotyka się to normalnie. Jest to wynikiem przemocy wobec kobiet ze strony ich mężów, nawet gdy kobiety te znajdują się w ciąży. Założony przez ojca Gabriela ośrodek ma na celu zmienić tę sytuację. Propaguje prawdę, że każdy człowiek jest darem, szczególnie niepełnosprawny.

Ośrodek St. Martin zajmuje się też uzależnieniami od alkoholu i narkotyków, dziećmi ulicy, oraz wspieraniem przedsiębiorczości. Hasłem ośrodka jest "Only through community", gdyż stawia na lokalne społeczności. St. Martin ma ponad tysiąc wolontariuszy. Nie są to jednak obcokrajowcy, ale mieszkańcy poszczególnych wiosek, który razem działają na rzecz rozwiązywania występujących u nich problemów. Zajmują się opieką nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi, zbierają pieniądze na leczenie oraz edukację dla tych, których na to nie stać, a także otwieranie biznesów, np. hodowli kur. Celem St. Martin jest, aby ludzie potrafili sobie nawzajem pomagać. Nie zajmuje się przekazywaniem pieniędzy albo produktów z Zachodu. Taka pomoc byłaby szkodliwa, nie działa bowiem stymulująco, a wręcz przeciwnie, niszczy lokalną inicjatywę i sprawia, że działalność gospodarcza staje się nieopłacalna. Powoduje uzależnienie od bardziej rozwiniętych krajów i prowadzi do pewnej formy neokolonializmu.

Ojciec Gabriel uczył nas, że przyjeżdżając z Europy i spotykając się podopiecznymi ośrodka, np. dziećmi z wirusem HIV, nie możemy ich w żaden sposób traktować z wyższością. I nie chodzi nawet o to, że np. moglibyśmy czuć się lepszymi, ale samo ofiarowywanie pieniędzy albo jakiejś rzeczy może tworzyć pewną asymetrię. A tak naprawdę ci ludzie nie potrzebują od nas pomocy materialnej. Osierocone dziecko z HIV, które przeszło przez piekło na ziemi, nie potrzebuje nowej zabawki. Potrzebuje żeby z nim być, porzucać z nim piłką i obejrzeć razem króliki z hodowli oraz kameleony ukrywające się w krzakach.

Wspomniałem o piekle. Kenia i inne kraje afrykańskie zmagają się wieloma problemami, które sprawiają, że życie tam jest bardzo trudne. I nie są to problemy, które przyszły z zewnątrz. Jednym z nich jest system plemienny, który generuje nieufność i wrogość. Przykładowo osobie z jednego plemienia trudno jest dostać pracę na terenie, gdzie większość stanowią członkowie innego plemienia. Zdarza się też, że jedna wioska napada na drugą żeby ukraść bydło. Przeróżnych podziałów jest dużo i bardzo łatwo sprowokować ludzi do sięgnięcia po broń. W ten sposób kilka lat temu wybuchła w Kenii wojna domowa.

Kenia nie jest bezpieczna, bardzo łatwo zostać napadniętym. Poruszanie się po zmroku jest bardzo niewskazane. Częstym widokiem jest drut kolczasty, który jest praktycznie wszędzie, używa się go nawet do grodzenia trawników w parku. Charakterystyczne są też mury, które na szczycie mają wbetonowane wystające kawałki tłuczonego szkła. Pod koniec wyjazdu ciągłe poczucie zagrożenia stawało się już dla mnie nieznośne.

Zaatakowanym można zostać za wyglądanie na bogatego. Gdy jest się białym automatycznie traktowanym się jest jak chodzący bankomat. Nie każdy Kenijczyk ma takie nastawienie, ale jest ono dosyć często spotykane i utrudnia zawarcie jakiejś normalnej znajomości. Problemem wielu Kenijczyków jest to, że są biedni, ale nie wiedzą dlaczego. Są przyzwyczajeni, że biali mają pieniądze i że można je od nich wyprosić. Podejmowanie pracy nie cieszy się dużą popularnością, trudno też o rzetelnego pracownika. Ta mentalność prowadzi do zazdrości i zawiści, które mają efekty trudne dla nas do pojęcia, szczególnie w slumsach. Odwiedzenie tam kogoś może oznaczać dla niego problemy, spotka się bowiem z głosami w rodzaju: "Był u Ciebie biały, pewnie zostawił Ci pieniądze".

Innym problemem jest przemoc na tle seksualnym. Na porządku dziennym są gwałty i molestowanie dzieci. Molestowanie, wbrew powszechnemu przekonaniu, nie ma miejsca zwykle ze strony nieznajomych, ale zdarza się w rodzinie, ze strony wujka, cioci albo sąsiada. W przypadku gwałtów bywają z kolei przypadki, że brat oddaje siostrę kolegom za równowartość kilku złotych.

Do tego miejsca nie napisałem jeszcze nic o naszym pobycie w St. Martin. W krajach rozwiniętych można przyjechać np. do domu dziecka na wolontariat i skupić się na tym, co się tam dzieje. W Afryce natomiast bardzo ważne jest to całe tło, skomplikowana sytuacja charakteryzująca się silnymi kontrastami. Pracownicy i wolontariusze ośrodka St. Martin okazali się być wspaniałymi ludźmi, którzy bardzo się o nas troszczyli. Bez nich ten pobyt nie byłby taki sam. To od jednego z nich na samym początku dostałem kurtkę, dzięki której było mi w miarę ciepło do czasu odzyskania zagubionego bagażu. Z kolei nasz kierowca bardzo chciał nam pokazać słonie, które nieraz pojawiały się w okolicy, przez którą codziennie przejeżdżaliśmy w drodze z miejsca zakwaterowania do ośrodka. Wypytywał okolicznych mieszkańców o to gdzie i kiedy widzieli ostatnio słonie. I pewnego razu, wcześnie rano, przyjechał do nas z wiadomością, że słonie są niedaleko drogi. Szybko tam pojechaliśmy i mogliśmy zobaczyć je na własne oczy. Bardzo o nas dbała także gospodyni, dzięki której nigdy nie chodziliśmy głodni i która nawet czyściła nasze buty, gdy wracaliśmy z wyjazdów po kenijskich bezdrożach. Otrzymaliśmy wiele dobrego także od innych osób związanych z St. Martin. Bardzo się cieszę, że mogłem je poznać.

Jeszcze innym kontrastem jest wytrzymałość Afrykańczyków. Wielu z niech przeszło przez bardzo dramatyczne wydarzenia w swoim życiu, a mimo to próbują żyć dalej i cieszyć się życiem. Wielu z nas na ich miejscu już dawno znalazłoby się w pokoju bez klamek.

Jeszcze przed wyjazdem wiedzieliśmy, że w St. Martin nie będziemy wykonywać jakiegoś wielkiego dzieła. I faktycznie, naszym głównym zadaniem było nie przeszkadzać. Poza tym przed samym wyjazdem okazało się, że w St. Martin będziemy mogli być tylko przez dwa tygodnie. Czas spędziliśmy jednak intensywnie, uczestnicząc we wszystkich prowadzonych przez ośrodek programach. Obszar, na którym działa St. Martin jest bardzo duży, oznaczało to więc długie podróże po kenijskich bezdrożach. Charakterystyczna czerwona afrykańska gleba ma to do siebie, że po deszczu zamienia się w nieprzejezdne grzęzawisko, w którym nawet toyota z napędem 4x4 wymaga pomocy okolicznych mieszkańców, a nieraz także sprowadzania dodatkowych samochodów, aby wyciągnąć z błota zakopany pojazd. Natomiast gdy ziemia wyschnie, nie staje się piaszczysta, ale twarda i nierówna. Niezależnie więc od warunków pogodowych podróżowanie jest trudne. Dróg asfaltowych jest niewiele i są one w złym stanie.

W każdym razie pobyt w ośrodku St. Martin był wspaniałą okazją do zobaczenia życia Kenijczyków z bliska. Odwiedzając z wolontariuszami podopiecznych ośrodka docieraliśmy do najmniejszych wiosek i odwiedzaliśmy ich mieszkańców w ich domach. Mogliśmy też próbować z nimi rozmawiać, ale nie zawsze było to łatwe ze względu na barierę językową. Oni nie zawsze znali angielski, mimo że jest on w Kenii jednym z języków urzędowych, my z kolei nie znaliśmy ich języka plemiennego. Na szczęście wolontariusze chętnie nam wszystko tłumaczyli.

Ponieważ o tym, że w St. Martin będziemy mogli być tylko dwa tygodnie, dowiedzieliśmy się w ostatniej chwili przed wyjazdem, musieliśmy coś wymyślić na pozostałe trzy tygodnie. Znaleźliśmy Siostry Misjonarki Świętej Rodziny, które działają m.in. w Kenii w różnych miejscach. Odwiedziliśmy dwa z nich: dom w Nairobi, stolicy Kenii, oraz Kithatu, wiosce znajdującej się niedaleko góry Mt. Kenia, najwyższej w Kenii. W obu miejscach pomagaliśmy przy pracach remontowo-budowlanych oraz przy adopcji serca. Adopcja serca jest formą pomocy konkretnemu dziecku przez przekazywanie pieniędzy na jego edukację i utrzymanie. Aby taka pomoc miała sens, wymagana jest dokładna wiedza o sytuacji materialnej konkretnych rodzin a także rozliczanie ich z przekazanych funduszy. Dlatego osoby otrzymujące pomoc muszą przynosić rachunki ze sklepów, które jednak i tak są często sfałszowane. Z kolei osoby wysyłające pieniądze chciałyby otrzymywać jakieś informacje o wspieranych dzieciach. Dlatego nasza pomoc przy adopcji serca polegała m.in. na przeprowadzaniu wywiadów z dziećmi oraz przepisywaniu ocen z ich kart ocen ze szkoły. Potem na podstawie tych danych pisaliśmy listy do darczyńców. W Kithatu siostry prowadzą przedszkole, szkołę i przychodnię. Tutaj można było też bardziej bezpośrednio niż w stolicy obserwować codzienne życie.

Było to też dobre miejsce wypadowe na Mt. Kenia. Ponieważ nie mieliśmy doświadczenia ani sprzętu alpinistycznego, postanowiliśmy w grupie czterech osób wejść na trzeci co do wysokości szczyt góry - Point Lenana (4985 mnpm). Wyjechaliśmy przed świtem. W wiosce Chogoria czekał na nas przewodnik i kierowca z samochodem. Rano dotarliśmy do granicy parku narodowego, na terenie którego znajduje się Mt. Kenia. Przejechaliśmy jeszcze pewien odcinek i na wysokości 3300 mnpm zostawiliśmy samochód i udaliśmy się w dalszą drogę pieszo. Wieczorem dotarliśmy do chaty, w której mieliśmy przenocować. W naszym planie było dotarcie na szczyt przed wschodem słońca. W związku z tym pobudka była o 3 rano. Niestety na takiej wysokości warunki były bardzo trudne: mróz, silny wiatr, brak tlenu. Na szczyt weszliśmy już po wschodzie słońca i tylko we trójkę. Piękne widoki na prawie pięciu tysiącach metrów jednak wszystko zrekompensowały.

Powyższy opis to tylko bardzo skrótowe przedstawienie tego wszystkiego, co się wydarzyło podczas naszego wyjazdu, i z pewnością nie daje pełnego obrazu naszych przeżyć. Mam jednak nadzieję, że daje trochę informacji i może być pomocny dla osób planujących tego typu wyjazd. W każdym razie chcę pokazać, że potrzebne jest odpowiednie nastawienie, a może nawet jego brak, ze względu na to, że Afryka to miejsce, w którym planowanie nie ma często sensu. Na pewno nie można jechać tam z poczuciem misji ratowania kontynentu. W Afryce jest z pewnością wiele do zrobienia, ale też nie jest tak, że brakuje tam rąk do pracy. Jeśli już to brak chętnych i umiejących zająć się konkretnymi sprawami. Ośrodek St. Martin jest wspaniałym miejscem, ponieważ uczy lokalną społeczność rozwiązywać samodzielnie jej własne problemy i stosuje przy tym europejski model organizacji pracy. Wolontariuszami są sami Kenijczycy. Pobyt w St. Martin oraz u Sióstr utwierdził mnie w przekonaniu, że pomagać trzeba mądrze. Nie wszystko, co wydaje się pomocą jest nią w rzeczywistości.

Powszechny jest pogląd, że tzw. Zachód za mało interesuje się problemami Afryki. Jest dokładnie odwrotnie. Od momentu odzyskania niepodległości przez państwa afrykańskie dotarły tam setki miliardów dolarów pomocy, które jakoś szczęścia Afrykańczykom nie przyniosły, przeciwnie, doprowadziły do uzależnienia ich od zewnątrz. Obecność Zachodu to też np. rabunkowa eksploatacja złóż naturalnych. Jest ona oczywiście zła, ale nie miałaby miejsca gdyby nie pozwalali na nią skorumpowani afrykańscy politycy. Krytykuje się też firmy, które niby mało płacą swoim afrykańskim pracownikom i w ten sposób ich wyzyskują. Takie stwierdzenia łatwo przychodzą znając europejski standard życia. Jednak te płace wcale nie muszą być niskie na warunki afrykańskie, poza tym domaganie się zamknięcia takich fabryk po prostu doprowadzi do bezrobocia wśród ich pracowników. Ale to na marginesie. Chodzi o to, że problemem Afryki nie jest brak pieniędzy. Problemem są ciągle wybuchające konflikty zbrojne, AIDS oraz różne idiotyczne pomysły, w rodzaju rytualnego okaleczania dziewczynek. Te czynniki razem z dużym przyrostem naturalnym wywołują strach w różnych zachodnich rządach i organizacjach. Dlatego tak bardzo promują w Afryce antykoncepcję, nieraz przy tym szantażując afrykańskie rządy groźbą wstrzymania pomocy gospodarczej. Tak więc zaangażowanie Zachodu w Afryce jest duże, zarówno w działaniach negatywnych jak i w zamierzeniu przynajmniej pozytywnych.

Odmienną natomiast strategię przyjęli Chińczycy. Oni po prostu z Afrykańczykami handlują, nie traktując ich jak kogoś wymagającego specjalnej troski, tylko równorzędnego partnera. Kenijskie sklepy pełne są chińskich towarów. W Afryce Zachodniej aktywni są też Hindusi, którzy zakładają tam sklepy.

Do Afryki na pewno warto pojechać, przyjrzeć się z bliska jak wygląda tamtejsza sytuacja. Jeśli jedzie się z myślą o wolontariacie, trzeba pamiętać, że pomaganie musi być mądre. Trzeba się dokładnie zastanowić co się chce robić i po co. Wolontariat nie ma być wyręczaniem kogoś. Trzeba też mieć świadomość, że podczas tego typu wyjazdów dostaje się znacznie więcej niż jest się samemu w stanie dać.